poniedziałek, 10 listopada 2014

Rozdział pierwszy, czyli jak to wszystko się zaczęło?

Była zszokowana, powoli dochodziła do zmysłów. Jej głowę zaprzątywały zupełnie niewyraźne myśli, jakby nie potrafiły się z niej wydostać.

Czyżby uczucia?

Powoli, natchniona zapachem zbliżającej się coraz szybciej barwnej jesieni, przysiadła na białej ławeczce, zajmując jedynie niewielką jej część. Nigdy wcześniej nie czuła się tak... rozdarta? Z trudem przęłknęła ślinę, przywołując do siebie nasączone trującym jadem wspomnienia będące częścią jej życia. Wszystkie chwile spędzone sam na sam z Germanem Castillo - bolało ją to. Nie potrafiła znieść myśli, że on już nigdy do niej nie wróci, nie wybaczy jej, nie pokocha.
Z drugiej strony, teraz znacznie bliższej, a jednak wydającej się odległą o miliony galaktyk - był On. Pablo Galindo. Codziennie co najmniej dziesięć razy słyszała to imię i nazwisko, dwa słowa, dwanaście liter. Jeszcze częściej się z nim widziała.

A jednak dopiero teraz patrząc na Ciebie, moje serce jest wypełnione gorzkim żalem.

W tym właśnie momencie spieszyła na spotkanie z owym przyjacielem.

Spieszyłam? Czyż nie bardziej trafnie byłoby użyć określenia "odwlekałam"?

Jednak mimo staraniom nie potrafiła ruszyć nogami, zrobić kilku kroków w stronę Studia. A dzieliło ją zaledwie siedem kroków.

Jak sparaliżowana.

Te siedem kroków. S i e d e m. Nie potrafiła zebrać w sobie tyle odwagi, by tę odległość pokonać. Choć budynek był prawie pod jej nosem. Spojrzała nań, wyciągając z brązowej, okrągłej, maluteńkiej torebeczki komórkę. Wysłała do Pablo ledwie sześć słów. "Nie dam rady dziś poprowadzić zajęć".
Równie dobrze mogłaby pójść mu to powiedzieć? Odpowiedź: nie. Bo żadna sylaba nie przeszłaby jej przez gardło.
Jednocześnie dotarło do niej, iż On przeczytał wiadomość, bowiem właśnie teraz zbliżał się do niej z zamartwioną miną. Na ten widok poleciała jej jedna łza, za nią kolejna - aż w końcu cały strumień wody rozpaczy wylewała przed siebie.

- Co się dzieje, Angie? - spytał troskliwie, obejmując ją i biorąc za rękę tak, jak to robi małżeństwo.

- On wie - wyjąkała przez łzy, dusząc się z rozpaczy - German wie, że jestem ciotką Violetty.

♥×♥×♥×♥×♥

Strasznie krótki rozdział. Wybaczcie. Jak chcecie, możecie mnie za to zabić. Za Pablangie również. W ogóle ktoś oprócz mnie lubi tą parę? Spokojnie, Germangie też wielbię, więc w tym opowiadaniu będzie po trochu jednego i drugiego. No... może mie tak "po trochu". Proszę Was, komentujcie, jeśli przeczytaliście rozdział, to dla mnie wiele znaczy ♥

3 komentarze:

  1. *Uwaga komentarz bez składu//można nie zrozumieć treści*

    Jeju, nie wiem co napisać. Najłatwiej byłoby "ale pięknie piszesz"//"super zaczynasz" ale żadne słowo mi tu nie pasuje. Nie wiem. xd Ale wiedz że to co napisałaś jest u mnie na 6! :D

    A co tam że Pablangie! Ja ich też poniekąd lubię. xd Teraz mniej ale kiedyś bardziej. Mimo wszystko znajdą się ich fani, bo nawet sporo jest ich niż nam się wydaje :D

    Przeplataj, przeplataj. Fajnie będzie, bo nie wiadomo co na końcu nas czeka :3

    Pisz dalej! :D

    Pozdrowionka :3

    OdpowiedzUsuń
  2. Fajnie się zaczyna ^^
    Osobiście nie(nawidzę) przepadam za Pangie ale przeżyję ;D
    Linczować za to że któtki nie będę bo jak na ten poziom to jest spoczi ;3 Napewno będę czytać. Czekam na następny rozdziłak :D
    Jak chcesz to wbij też do mnie bo serdecznie zapraszam (wtedy dopiero zobaczyć co to są koszmarne początki hahah xd) - http://moimioczami-violetta.blogspot.com/ - ps: mamy ten sam szablon PJONA hahah ♥

    OdpowiedzUsuń