wtorek, 18 listopada 2014

Rozdział drugi, czyli o kłamstwach raniących niewinne (?) serca

Gorące słońce parzyło tego rześkiego popołudnia niczym płomień przytknięty równolegle do ciała w odległości najwyżej dwóch milimetrów. Gorące poczucie winy przeszyło ją na moment przez serce, dudniąc jak bęben będący częścią ogromnej orkiestry perkusyjnej, będącej źródłem wszystkich emocji napływających do jej duszy. Mimowolnie ocknęła się z transu, obudziwszy w sobie od nowa rządzę zemsty niszczącej każde lekko zanieczyszczone sumienie od środka. Wykonała na wysokim obcasie obrót o sto osiemdziesiąt stopni, odgarniając swoje długie, brązowe włosy w tył. Jej czarna, wielka, kwadratowa torebka zawisła na ręce. Kobieta poprawiła swój żakiet i jeszcze jeden raz rzuciła swoimi włosami, aby nie zasłaniały z pozoru niewinnej twarzyczki, w taki sposób, iż szturchnęła dwojga przechodniów będących w tym momencie częścią krajobrazu; rozciągał się on po niezbyt często odwiedzanej małej, brukowanej uliczce i przedstawiał widok na martwe jezioro, gdzie nie przypływały żadne ptaki, ani nie pojawiały się nawet maluteńkie rybki. Argentynka wydawała się całkowicie pozbawiona uczuć, a pod głęboką maską tylko nieliczni potrafili ujrzeć piękną, sentymentalną kobietę. 

Nieliczni, ale jednak ktoś.

Owy argument wydawał się być jedynie cienką, złotą kropką na nieskazitelnie wielkiej czarnej plamie, lecz gdyby się tak przyjrzeć - był on powodem życia wielu mężczyzn. Tysiąca mężczyzn.

Lecz nie tego, którego potrzebowałam... Żeby go zranić.

***

Odwróciła się, zwalniając temperament i powoli spuszczając głowę.
- Ja... Ja nie chciałam - wyjąkała, pociągając nosem i odgarniając burzę włosów o nijakim kolorze - brąz, przechodzący w blond, im bardziej patrząc w dół.

- Nie chciałaś? - spytał ironicznym tonem, gapiąc się w pusty, biały sufit - Co mi z tego? Zraniłaś moje serce. Zaufałem ci - rzeczywiście. Powierzył jej całe zaufanie, a wcześniejsze niedowiarki co do cudów zrodzonych z miłości odrzucił na bok. Dla niej zdołał uwierzyć w istotę uczucia dzielonego między dwoma osobami. A ona, jednego dnia, zniszczyła wszystko, co dotychczas razem zbudowali. 

Jednym, błachym - czynem.
Nie potrafił - nie chciał? - jej wybaczyć. Miał lęk przed tym, jak się ta historia potoczyłaby dalej. Wolał się zabezpieczyć przed dalszym cierpieniem.

- Nie kochasz mnie? - wybuchnęła płaczem, który on sam ledwo znosił, kiedy to dosłownie każdego dnia przypałętywał się on do jego dziewczyny.

Kocham Cię. I to bardzo. Ale boję się, co nastąpi.

- Violetta - wziął ją za rękę - kochałem cię. Powierzyłem ci moje serce, moje sekrety - głos mu zaczął przyspieszać, a jego natężenie rosło z każdą rzucaną niby do niej sylaby - moje uczucia, moje... Moje wszystko - krzyknął, dalej nie spoglądając jej w oczy; ponieważ kłamał. A przy jej oczach mógł ulec magii i wyznać całą bolącą prawdę - Ale teraz nie chcę cię znać - wypalił. To wszystko było łgarstwem, ot co.

Lecz kłamstwo było teraz dla mnie jedyną nadzieją.

Dziewczyna wybiegła z pokoju, trzaskając drzwiami. Jeszcze kilka sekund po tym zdarzeniu dało się słyszeć jej kroki. Poczuł ulgę, gdy oddaliła się. Nie dlatego, że jej nienawidził. Nie dlatego, że jej nie kochał. Powodem było, że nie potrafił znieść dłużej widoku jej cierpienia. Kochał ją całym sercem, które właśnie w tej chwili przyspieszało swój rytm bicia. Mimo ogromnej niechęci napawającej jego ciało, ostatni - jak miał nadzieję - raz przywołał do siebie piekące wspomnienie zostawiające znamię na jego duszy.

Był zwyczajny poranek budzący w sobie poczucie ciepła, które rozpościerało swoje promienie, otwierając się na każdą duszę, by napełnić ją szczęściem.

Coś innego mogłoby się wydarzyć?

Wszedł do prestiżowej szkoły muzycznej, stawiając krok po kroku niczym robot - rutynowo. Robił to, co każdego dnia o tej porze. Dało się usłyszeć odgłosy roześmianych dzieci, jak i śpiewających ptaszków. Krótko mówiąc, szeroki był owego poranka zasięg gamy dźwięków - od donośnego, budzącego mieszane uczucia basu, aż po piskliwe soprany, mające siłę roztrzaskać ogromny, szklany budynek. 
A on bez igiełki strachu przekroczył budynek gmachu szkolnego. Nie mając pojęcia, co się wydarzy. Stawiając krok po drugim przeszył go ostry ból lewej stopy. Szedł dalej, nie zważając nań, czymże przecież była lekka dolegliwość? 
W tym momencie dotarł do holu obejmującego rolę miejsca spotkań uczniów. Z jednej strony widział blondynkę wydającą rozkazy swojej "przyjaciółce", wydając z siebie przy okazji różne donośne piski. Nie zwrócił na to najmniejszej uwagi. 
Z drugiej słyszał jak dwoje jego przyjaciół wykłócali się o obrót w środkowej części choreografii zadanej przez Gregoria - nauczyciela tańca. Tym również się nie przejął. Było to naturalną częścią jego życia. Zaśmiał się tylko pod nosem, widząc ruchy sprzeczających się wciąż przyjaciół. 
Ból w nodze powoli, aż wreszcie całkowicie ustąpił. Wtem ujrzał... na fioletowo-różowo ubraną szatynkę - jego miłość - całującą tego drugiego.
Zawsze był ten drugi. Ktoś, kto się między nich wpychał, a ona nie potrafiła się temu komuś oprzeć. Zawsze ulegała. Zawsze kończyło się cierpieniem Meksykanina. Zawsze wszystko było tylko i wyłącznie jej winą. Zawsze to on ponosił straty. A najgorsze - nigdy nie potrafił jej ponownie nie zaufać. Ciągle nie mógł się przemóc, zawsze jej ustępował. Pozwalał na swoje cierpienie w zamian za jej szczęście. Nie miał siły jej znienawidzić.

Dlaczego tak bardzo musiałem się w niej zakochać?

W tych oczach, tym niedoświadczonym, obezwładnionym, wystraszonym spojrzeniu. W jej cichutkim, pełnym lęku i niepewności głosie. 

Czemu?

Ta myśl doprowadzała go do rozpaczy. Nie potrafił zapomnieć. Jakkolwiek by się starał - najzwyczajniej w świecie nie miał odwagi na zawsze się rozstać z tym jej... wspomnieniem? Pamięta ją jako małą, piękną, ciemnowłosą czternastolatkę. Wystraszoną, nie znającą świata. Odczuwał wtedy ochotę, by ją wszystkiego nauczyć od nowa, od samego początku. A teraz? Znowu go zostawiła.

Kolejny raz. Nie pierwszy; kolejny.

Dziewczyna odwróciła wzrok; na widok chłopaka podbiegła do niego małymi kroczkami, machając ramionami. Już otwierała usta, żeby zacząć kolejne swoje głęboko nużące tłumaczenia.

 - Nie Violetta - przerwał jej, kładząc rękę na ramieniu dziewczyny - to już przestało mnie bawić - wymamrotał i wyszedł z budynku.

Tak to musiało być? Jedna dolegliwość po drugiej, jakby szczęście w ogóle nie miało prawa zaistnieć w ich życiu. Zrozpaczony pobiegł do domu, próbując ogarnąć swoje myśli, które rozpętały burzę w jego umyśle. Nie miał ochoty więcej cierpieć; wyraźnie był tym bólem zmęczony. Zmęczony codzienną melancholijną gadką Violetty, wytłumaczającą niby wszystko, a tak naprawdę - nic. Tym razem nie miał ochoty poddać się gnębiącemu go uczuciu wyrozumiałości. Chciał na zawsze zakończyć problem. Tylko w jeden sposób mógł to zrobić...

Jeszcze jeden, ostatni raz spróbował rozproszyć zamęt opanowujący jego głowę. Po nieudanej próbie rzucił się na łóżko, zamknął oczy. Zasnął; uciekł od kolejnych rozterek wypełniających jego złamane serce.

***

Drogi pamiętniku!
Ile jeszcze czasu mam się ukrywać? Dlaczego nie mogę po prostu do nich wrócić? Gdzie i kiedy zbłądziłam? Teraz ponoszę za to odpowiedzialność...
Ten wypadek był najgorszym doświadczeniem, jakie kiedykolwiek w życiu przeszłam. Później nie miałam już odwagi wrócić... To było straszne - tak nagle, bez uprzedzenia stracić wszystko i wszystkich. Dlaczego tak błądzę? Czy jeśli wrócę... Co, jeśli On ma już inną? Co, jeśli o mnie zapomniał? Co, jeśli mnie nie zechce? Tego się boję... Po tylu latach pewnie nie chcieliby mnie już znać, prawda? Niezbyt widać inną możliwość niż pozostać dalej w ukryciu... na z a w s z e ? 
A Violetta... Moja kochana Violetta... Kocham ją najmocniej.
Co z nią się dzieje? Czy jest bezpieczna? Czy nic jej nie jest?
Tyle pytań siedzi w mojej głowie. Co mam z tym zrobić? Pozostawić bez odpowiedzi?
Ja tak dłużej nie mogę. Koniec z kłamstwami, z ukrywaniem się...
K O N I E C

                                                                       

Początek tej historii naprawdę mi się podobał, był tak ładnie napisany... A od drugiej perspektywy, od przeszłości - wszystko zepsułam :c No trudno, bywa...

Kocham Was <3

2 komentarze:

  1. Leonetta... Mimo że nie trawię ich :c To pięknie napisane! :D Ale trudno z drugiej strony się czyta. Musiałam kilka razy wracać z ponownym przeczytaniem tego samego zdania. Zawsze są jakieś minusy...
    Mimo wszystko jesteś jedną z osób które chętnie czytam :D
    Nie no, gratulejszyn! :D
    Twój poziom pisania mnie zachwyca ^.^
    Czekam na kolejny rozdział :3 Nawet z Leonettką :P :3

    OdpowiedzUsuń
  2. Jejku *-* To jest piękne. I LEONETTA :3 Nie będę dużo pisać bo nie mam słów.

    OdpowiedzUsuń